Jak rozmawiać?

Jak rozmawiać?

Zawsze zastanawiałam się, dlaczego tak z pozoru łatwa rzecz, wciąż sprawia tyle problemów. W końcu to dość prosty scenariusz: jedna osoba mówi, druga słucha a potem odpowiada itd. Po wielu latach pracy nad komunikacją, dziś widzę świat rozmów trochę tak jak widzi się górę lodową. Słowa na jej wierzchołku są proste, zrozumiałe i właściwie, dość obojętne, ale już pod powierzchnią wody jest prawdziwy Armagedon. Wielość znaczeń, zabarwień emocjonalnych, konotacji… właściwie tyle, ile tylko ludzi na świecie. I to jest pewnie ta odpowiedź. Z pozoru łatwa komunikacja, która polega na wymianie słów, jest jednak niebywale trudna, bo pod słowami kryje się wielka, nieodgadniona część góry lodowej.

Jeśli już tylko to sobie uświadomimy, przynajmniej nie będziemy mieli tak wielu oczekiwań, tak wysoko postawionej poprzeczki i tak naiwnej wiary, że wszystko może być ok. No nie może!

Większość ważnych rozmów jest skazana na porażkę.

  • Po pierwsze, bardzo rzadko prowadzimy ważne rozmowy, więc mamy mało treningu w ich efektywnym prowadzeniu.
  • Po drugie, bardzo trudno o uwagę. Taką prostą, pierwszą i najważniejszą zasadę. Jak ktoś mówi, drugi słucha. No nie słucha. Jego życie pędzi wciąż nękane różnymi bodźcami, zadaniami, wyzwaniami codzienności. Nie słucha, bo nie może się skupić, bo wokół toczy się inna walka o jego uwagę. Walczą media, walczy ulica z tysiącami bodźców, walczą bliscy, znajomi, szef w pracy, sprawy niecierpiące zwłoki. Nie słucha też dlatego bo i jemu o czyjąś uwagę jest trudno. Gdy zbliżasz się, on już w nadziei na kontakt, układa słowa. Podchodzisz, zaczynasz mówić a on tylko czeka aż będziesz potrzebował zaczerpnąć powietrza. Przerwa na wdech i … przepadło, teraz czas na jego potok słów. Właściwie nie słuchasz, już w głowie układasz sobie własną wypowiedź. Jego wdech, szansą dla Ciebie …
  • A jeśli już „słucha”, a raczej nie tyle słucha (skoro myślami jest gdzie indziej) co „nie mówi”, Twoje słowa wpadają w jego świat, który ma w głowie. Są jak kilka malin wrzuconych do kompotu jabłkowego. Mieszają się z jabłkami, przechodzą ich smakiem i aromatem. Czy to wciąż te same maliny, które wrzuciłeś chwilę wcześniej? No nie. Tak samo jest z naszymi słowami, wpadając w głowę naszego rozmówcy, siłą rzeczy zmieniają znaczenie.
  • On odpowiada? No nie odpowiada. Skoro nie słucha, odpowiedzieć na to co mówimy nie może. O jedynie znów „coś” mówi. Ty dziwisz się, jak poruszony przez Ciebie temat mógł się w ułamku sekundy tak diametralnie zmienić. Wyjaśniasz, prostujesz i znów … to tylko Twoje słowa w jego głowie (wypełnionej po brzegi jego światem).
  • Narasta frustracja wzajemnego niezrozumienia, poczucia braku sensu, bezsilności … złość zatyka Ci gardło i z czasem, zaraża Twojego rozmówcę (tak to jest z emocjami, udzielają się). Awantura gotowa. Teraz to już nie jest rozmowa, to walka. Nikt nie odda pola wrogowi, bo ten natychmiast je zagarnie. Teraz już nie przyznam częściowej racji, nie przyznam się także do błędu, nie zmienię zdania, żeby nie wiem co.

To oczywiście czarny scenariusz, nie musi tak być, ale warto zdawać sobie sprawę z jak trudną materią mamy do czynienia. Ile, w związku z tym, potrzeba poświęcić czasu i energii na naukę a potem na samą rozmowę by nadać jej sens. Rozmawianie takie przez duże R nie jest proste, ale na szczęście, „small talk” już jest.

Moja rada? Najpierw przygotuj się na porażkę a potem ćwicz, ćwicz, ćwicz … co najmniej tyle, ile razy dziecko ćwiczy dziecko, które uczy się chodzić. Upada i wstaje, bezustannie próbując, właściwie do skutku.

Złość moja miłość …

Złość moja miłość …

Jeśliby posłużyć się podstawowym modelem emocji, wyszłyby 4 główne: radość i, jak to mówią moi klienci, „no i te złe”: smutek, strach i złość. Wiele razy już pisałam o tym, że wszystkie emocje są dobre, wszystkie czemuś służą, a to co odczytujemy za destrukcyjne działanie emocji to raczej efekt ich tłumienia.

Najczęstszym problemem z jakim mierzą się moi klienci, to konflikt. Niestety jest tu dość wyraźna różnica pomiędzy mężczyznami a kobietami. Piszę “niestety”, bo jestem zwolenniczką teorii socjalizacji, która te kulturowe różnice definiuje. Dlatego od razu zaznaczam, to nie jest tak, że jak jesteś kobietą, musisz zachować się tak a nie inaczej, a jak mężczyzną to odwrotnie. Zawsze masz wybór. Różnice wynikają bardziej z procesu wychowania, socjalizacji niż są zdeterminowane jakoś biologiczne, a raczej, nieodwracalnie. Jednak, rzeczywiście częściej spotkam się z tym, że kobiety mają problem ze łzami w trakcie kłótni a mężczyźni z agresją. Efekt jest taki, że jedni, gdy walczą o swoje potrzeby w ułamku sekundy zalewają się łzami a drudzy rozpętują bitwę, która rani. Tak czy inaczej, problem zostaje nierozwiązany.

W pierwszym wypadku, myślę, że chodzi o stłumioną złość. Jak ktoś następuje nam na odcisk (przekracza jakąś naszą granicę), biologicznie musi pojawić się złość. Emocja obrony naszych granic. Energia do działania. Z jakiegoś powodu, w tym wypadku, zostaje szybko stłumiona i zalana łzami. Te powody mogą być różne, może w dzieciństwie byliśmy karani za wyrażanie złości, może gdzieś słyszeliśmy, że jest ona niegodna człowieka, może kiedyś nasza złość doprowadziła do zdarzenia, które nam szczególnie zapadło w pamięci jako przykre. Teraz jesteśmy dorośli i mamy szansę zweryfikować nasze sposoby reakcji. Kiedyś, być może, brak wyrażania złości nawet nam służył (jako dzieci jesteśmy słabsi i raczej musimy się dostosowywać do tego czego oczekuje od nas otoczenie), dziś już niekoniecznie (bo np. doprowadza nas do łez co skutecznie wstrzymuje nasze działanie w kierunku obrony).

Jaki jest na to sposób? Ja zawsze proponuję klientom ćwiczenie na „wyłapywanie” tej krótkiej chwili, w której złość się pojawia, tuż przed łzami. To nie jest łatwe, wiele lat blokowania tej emocji, skutecznie nas od niej odłączyło ale czasem się udaje. Jak już zaczniemy ją wyłapywać, proponuję by starać się tę chwilę przedłużyć. Jak najdłużej w złości wytrwać zanim opadniemy z sił i pojawią się łzy. To co może pomóc to samo zauważenie złości. Dzięki temu:

– skupi uwagę na nas samych a zdejmie od adwersarza,

– pozwoli zapanować nad kolejno pchającą się emocją (smutkiem),

– skontaktuje nas z korą nową mózgu, a więc częścią odpowiedzialną za rozumowanie, co z kolei, pozwoli na mentalne zadanie, np. pytanie „kto tu jest ten zły”. To może pozwolić utrzymać energię ZŁOŚCI.

A potem już tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, jak zwykle.

W drugim przypadku, gdy złość przeradza się w agresję, przyczyną może być stłumiony smutek. Gdy od najmłodszych lat musisz “być dzielny”, gdy nie wolno Ci się „mazgaić, bo to wstyd” lub „nie ma co płakać, trzeba działać” w sytuacjach, które powodują smutek, tłamsimy go, nie przeżywamy. Smutek stłumiony, gromadzi się, kumuluje by z czasem przekształcić się w agresję.

To także może być tłumiona złość, np. z lęku, że „zrobię coś czego będę żałować” lub że „emocje mną zawładną i przejmą kontrolę nad rozumem”. W tej sytuacji kumulowana, niezużyta złość, z czasem wybuchnie agresją. Paradoksalnie, ludzie w obawie przed gwałtownym zachowaniem, tłumią złość, co właśnie do tego zachowania prowadzi.

W tym wypadku ćwiczenie wygląda podobnie:

– zaczynamy od wychwytywania złości w każdym momencie, gdy się tylko pojawi jej zalążek,

– potem przytrzymujemy ją np. nazywając (jak w poprzednim przykładzie).

– Z czasem, jak już będziemy to potrafili, uczymy się korzystać z niej. Zaczynamy od zadania sobie pytania: „skoro czuję złość, znaczy, że nie jest ok. Pytanie, co jest nie ok, przed czym ona nas chroni, przed czym ostrzega, co się dzieje?”.

– Przedostatnim krokiem jest pytanie, czy chcę coś z tym zrobić.

– Ostatnim, działanie (lub jego zaniechanie).

Przykład:

Jestem w pracy. Szef woła mnie do siebie. Mówi o tym jak moja praca go nie satysfakcjonuje. Niby ok, ale czuję narastającą złość, co może oznaczać, że szef, być może, w jakiś sposób narusza moje granice. Może mówić używając obraźliwych określeń, może swoją postawą okazywać pogardę, może używać nieprawdziwych argumentów itp. Staramy się to wychwycić.

Teraz czas ma moją decyzję: czy chcę coś z tym zrobić i co, czy jednak wolę nie reagować. Dla zrealizowania swojego postanowienia potrzebna nam energia, którą właśnie dostajemy od uczucia złości – energia do działania (by się obronić) lub do zaniechania działania (by móc wytrzymać z zaciśniętymi w milczeniu ustami).

Świadome podejmowanie decyzji jest czymś co czyni nasze życie dobrym. Nie zawsze musimy walczyć o siebie, ale zawsze warto tę decyzję świadomie podjąć.

Złość to moja ulubiona emocja, pełna energii, siły i sprzeciwu. Wszystko po to by nasze życie było lepsze. Złość, która nie przerodziła się w agresje działa asertywnie. To nie jest samolubne dążenie do zaspokojenia swoich potrzeb. To jest dążenie do pewnej harmonii, w której moje i innych potrzeby są zauważane.

Cel w komunikacji

Cel w komunikacji

Gdy podchodzimy do drugiego człowieka – klienta, kolegi z pracy, szefa, podwładnego – wchodzimy w relację automatycznie. Komunikujemy się od urodzenia, więc weszło nam to już w nawyk. A co gdyby jednak w tym małym ułamku sekundy znalazło się pytanie o cel tej rozmowy – na czym mi zależy, po co to robię, co chcę osiągnąć. Może nic, i wtedy to też informacja a może jednak „coś”. Jak pytam swoich klientów „po co” rozmawiają, mówią: by uzyskać informacje, rozpoznać potrzeby, ustalić plan działań, zrozumieć, przekonać, sprzedać itp. Ale gdy pytam kiedy ostatnio prowadzili taka rozmowę świadomie – myśląc o celu, dostosowując do niego swoje strategie … odpowiadają „nie pamiętam, raczej dzieje się to automatycznie”.

Podczas swojej pracy często obserwuję rozmowy, pracuję z grupami na ich potencjale, więc rozmowa jest najważniejszym narzędziem w ich rękach. Co obserwuję najczęściej – cel, który pojawia się niejako samoistnie, właśnie bezrefleksyjnie, automatycznie, ten cel to – przekonać rozmówce – do mojego rozwiązania, do mojego pomysłu, do mojego sposobu myślenia, nawet do tego co myślę, że on myśli … uff. To niesamowite, pytając o czyjąś potrzebę, mamy jej wyobrażenie już w głowie a gdy potrzeba którą mięliśmy na myśli, nie wybrzmi, tak długo pytamy aż usłyszymy „swoje”. Efekt jest taki, że wciąż błądzimy po omacku, trochę pomiędzy naszymi wyobrażeniami a rzeczywistością.

Myślę, że świadoma komunikacja jest aktem woli. Musimy podjąć decyzję, w ułamku sekundy zobaczyć co się dzieje, w jakiej relacji jesteśmy i co chcemy osiągnąć. Inaczej, nawet nie docenimy „small talku” – żeby się choć nim cieszyć niezbędna jest świadoma decyzja. Uważności życzę!

Gdy ktoś “zaatakuje”…

Gdy ktoś “zaatakuje”…

Ile razy byłeś w sytuacji, w której ktoś powiedział bądź zrobił coś co podniosło Ci ciśnienie, ile razy potem mówiłeś „teraz to zareagowałbym inaczej”, a potem uparcie snułeś niezrealizowane scenariusze …? Tysiące ? – ja też.

Na początek dobra wiadomość, jestem pewna, że podjąłeś najlepszą na ten moment dostępną Ci decyzję. Możesz się długo jeszcze biczować i zastanawiać dlaczego nie zareagowałeś inaczej, ale możesz też uwolnić się od „żałowania” i zaakceptować fakt, którego nic już nie zmieni. Pewnie gdybyśmy mieli więcej siły, pewności siebie czy opanowali emocje, zareagowalibyśmy inaczej ale nie mieliśmy – nie mogliśmy zrobić czy powiedzieć niczego innego, w tamtej chwili, będąc w tamtym miejscu.

A co na przyszłość? Mi pomaga myślenie, że zawsze jest druga, trzecia a nawet dwudziesta trzecia szansa. Przy każdej okazji mogę trenować adekwatne zachowanie, czyniąc to mniejsze, to większe postępy. Gdybym miała podzielić się swoim doświadczeniem, droga mogłaby wyglądać tak:

1. Na początek daj sobie szansę na podjęcie świadomej decyzji co do działania, jakie podejmiesz. W sytuacjach trudnych, rozpoznanych przez nas jako zagrażające, gdy ktoś nas atakuje słownie, gdy szef wylewa wiadro pomyj za niezrealizowany projekt, gdy klient podczas negocjacji ewidentnie nami manipuluje … uruchamia się w nas tzw. stary mózg. To część mózgu, która wykształciła się pierwotnie w toku naszej ewolucji. W czasach gdy atak ewidentnie zagrażał życiu, mieliśmy tylko proste rozwiązania: ucieczkę bądź kontratak (ew. jeszcze można było zastygnąć w bezruchu). To nie były czasy, w którym z dzikim zwierzem można było dyskutować. Kontratak lub ucieczka – reakcje, które wtedy sprawdzały się znakomicie, dziś nie zawsze są najlepszym (a już na pewno nie jedynym) rozwiązaniem.

Z czasem ewolucja doposażyła nas o część mózgu zwaną korą nową. To ta część dzięki której nie działamy instynktownie a „rozważnie”, analizując sytuacje i dobierając reakcje. To co możesz zrobić, to „wyjść” z tej części starej (tam nie masz co liczyć na świadome działanie) i niejako „przełączyć” się na myślenie – „wejść” do kory nowej. Jak to zrobić? Najprostszym sposobem jest nazwanie emocji, która właśnie nas opanowuje. Nazywanie jest procesem stricte myślowym a jako taki przynależnym do mózgu młodszego. Jak powiesz sobie „jestem wściekły”, uruchomisz tę część mózgu, która leży już w zasięgu wpływu. To powinno nieco zmniejszyć napięcie i dać czas do świadomej reakcji. Jak już opanujesz ten krok, możesz swoją samoświadomość rozwijać. Najprawdopodobniej na początku będzie Ci trudno nazywać emocje, ich wachlarz w takim wypadku jest dość ubogi. Łatwiej nam się przyznać do wściekłości, trochę trudniej do smutku, jeszcze trudniej do lęku. Wiązać się to może z potrzebą utrzymywania obrazu własnej osoby jako silnej i gotowej na wyzwania. Dlatego w następnym kroku nie poprzestawajmy na pierwszej odpowiedzi, jaka przychodzi na pytanie „co teraz czuję”. Dwukrotnie zapytajmy siebie „i co jeszcze”. Czasem prowadzi nas to głębiej w nas samych, poznajemy swoje emocje, na co dzień mniej nam dostępne.

2. Podobno nasze negatywne emocje są sygnałem niezaspokojonej potrzeby. Empatyczne i troskliwe wsłuchanie się w siebie to krok następny. Skąd ta złość, smutek czy lęk? Jaka moja potrzeba została naruszona … poczucie bezpieczeństwa, godności …? Nie jest to łatwe, dotykamy trudnych kawałków swojej historii. Jednak bez tego nie zawalczymy o siebie w tej konfrontacji … nie będziemy wiedzieć o co tak na prawdę chcemy walczyć i nasze reakcje będą działaniem „po omacku”.

3. Trzeci krok to czas na upomnienie się o swoje potrzeby (jak tak mnie atakujesz to zaczynam się bać o swoje bezpieczeństwo, sposób w jaki do mnie mówisz mnie obraża, krzycząc na mnie przy moim zespole podważasz mój autorytet) i postawienie granicy (nie będę z Tobą w taki sposób rozmawiać, zmień ton albo umówmy się na rozmowę w innym terminie, nie zgadzam się na to byś w taki sposób podważał moje kompetencje, jeśli chcesz rozmawiać, przejdźmy do Twojego gabinetu i tam porozmawiajmy). Może być nam łatwiej, gdy zobaczymy tę drugą stronę z jego także niezaspokojonymi i często nieuświadomionymi potrzebami, całą historią zdarzeń. A to wszystko po to, by ją zrozumieć i dzięki temu pozbyć się negatywnych emocji, które mogą nam utrudnić konstruktywną obronę.

Trudne, pracochłonne, niemal niemożliwe do wykonania? Może być i tak, ale w tym moim pomyśle bardziej chodzi o rozwijanie samoświadomości niż o scenariusz działania. Jeśli chcesz i jesteś gotowy na scenariusz, próbuj. Każdy krok kolejno. Gdy w pierwszym dojdziesz do perfekcji – odpowiedź sama pojawi Ci się w głowie w ułamku sekundy, trenuj drugi punkt itd. Jeśli nie chcesz działać według scenariusza i wolisz inny sposób, to wystarczy chwila refleksji już po. Gdy będziesz sam i będziesz miał chwilę czasu, pomyśl co wtedy czułeś, o zaspokojenie jakiej potrzeby upomniały się Twoje emocje. Z czasem, po tygodniach, miesiącach Twoje reakcje nie będą już dla Ciebie takim zaskoczeniem i łatwiej wejdziesz w konstruktywną relację.

Uwaga … to jest życie, które rządzi się własnymi prawami a każdy z nas jest inny. Mój sposób nie zawsze działa. Czasem osoby „głuche” na nasze słowa, będą nadal uparcie toczyć swoją wojnę ale … to co ważne dla mnie, to ja już o siebie zawalczyłam. Nie mam wpływu na to co zrobią inni, ale mam wpływ na to co sama zrobię. Tu dotarłam do swoich emocji, potrzeb, upomniałam się o nie i ostatecznie postawiłam granice. Teraz zaatakować skutecznie będzie trudniej. A Ty, jeśli jesteś w tym miejscu, wziąłeś odpowiedzialność za swoje życie, nie pozostawiałeś go w rękach innych. Już jesteś zwycięzcą.

O braniu i przekazywaniu odpowiedzialności

O braniu i przekazywaniu odpowiedzialności

Marzeniem wielu managerów jest mieć pracowników, którzy biorą za siebie i swoją pracę odpowiedzialność.

Często to życzenie pozostaje jednak w sferze marzeń rodząc wiele frustracji u jednych i drugich jednocześnie. Dlaczego? Mam wrażenie, że poczucie odpowiedzialności jest na końcu osi, której drugi koniec to potrzeba kontroli. Gdy manager zwiększa kontrolę u pracownika spada poczucie odpowiedzialności, gdy pracownik przejmuje odpowiedzialność, u managera zmniejsza się potrzeba kontroli (choć to dzieje się chyba trochę rzadziej).

Jednak w tym artykule skupię się tylko na jednej stronie. Manager ma więcej narzędzi do tego by tymi dwoma czynnikami sterować. Ma władzę, poparcie z góry i, skoro jest managerem, może mieć też silniejszą osobowość. A skoro jest „silniejszy” w swoim potencjale działań, odpowiedzialność za miejsce na osi leży bardziej po jego stronie.

No więc, jak to się dzieje, że marzeniem managerów są samodzielni/odpowiedzialni pracownicy a ich głównym narzędziem jednak kontrola. Kiedyś przeczytałam, że za kontrolą stoi lęk i poczucia omnipotencji. Lęk przed niezrealizowany targetem a poczucie omnipotencji wynikającej z władzy stanowiska. Taki wniosek pokazywałby jak łatwo stać się „ofiarą” własnego sukcesu.

Jak z tego zaklętego kręgu lęku i omnipotencji się wydostać?

Po pierwsze – go zobaczyć.

Każdy szef ma swojego szefa. Każdy szef może naciskać – zwiększać kontrolę modelując zachowanie szefa poniżej – nie wpadaj w ten tryb, zatrzymaj się na chwilę i podejmij świadomą decyzję, jak Ty chcesz sobie z tą trudnością poradzić.

Kontrola ogranicza rozwój Twoich pracowników i zabija w nich motywację. Jeśli nie odpuścisz, stanie się jedynym narzędziem zarządzania, będziesz mógł już tylko „bardziej naciskać”.

Wbrew temu co słyszysz zewsząd („weź swoje życie we własne ręce”, „możesz mieć co chcesz, musisz tylko po to sięgnąć”) nie na wszystko masz wpływ, odpuść. Nie będzie łatwo, postawa typu „mogę wszystko” jest także promowana społecznie, szczególnie na kierowniczym stanowisku. Taki manager postrzegany jest jako silny, sprawczy, budzi ogólny podziw i szacunek. Sama nie mam nic przeciwko takiej postawie, myślę że nie jednemu dodaje sił i powoduje, że sięgamy po więcej. Problem pojawia się wtedy gdy staje się ona jedynym naszym stanem postrzegania rzeczywistości. A jeśli mam wpływ na wszystko to jestem za wszystko odpowiedzialny. Zastanówmy się chwilę jak wielkie obciążenie idzie w parze za takim myśleniem. Jak wiele od siebie wymagamy, za jak wiele niepowodzeń się obwiniamy. 

Gdy już poczujesz gdzie nie masz wpływu, rozejrzyj się i sprawdź gdzie go masz. Nie masz wpływu na to czy zrealizujesz target ale masz wpływ na to jak wiele siły w to włożysz. Zatem nie pytaj swoich pracowników jaki % celu zrealizowali ale co robią by się do niego zbliżyć. Ustalcie wspólnie plan działań, na bieżąco sprawdzajcie jego efektywność i cieszcie się małymi sukcesami: udanym spotkaniem z klientem, stworzeniem nowej oferty czy wymyśleniem nowego pretekstu do spotkania handlowego. Kiedyś ze swoim klientem coachingowym policzyłam ile dni w miesiącu odczuwa satysfakcję z pracy. Powiedział, że koło 25-ego każdego miesiąca (jeśli widzi, że cel osiągnie) do chwili gdy dostanie cel na następny miesiąc –  3-4 dni… Nie daj się wtłoczyć w te ramy.

I na koniec. Pamiętaj o pracy zespołowej i wszystkim tym co ona daje – poczucie przynależności, wsparcie, potencjał kreatywny i efektywnościowy. Gdy pracujecie razem jesteście efektywniejsi i macie więcej radości z tego co tworzycie.

Powodzenia!

Puste taczki

Puste taczki

Znacie kawał o gościu biegającym z pustymi taczkami?

Na budowie Kowalski lata w te i z powrotem z pustą taczką.
Widząc to kierownik pyta:
– Co tak z tą pustą taczką latacie?
– Panie kierowniku – mówi Kowalski – taki zapierdol, że nie ma kiedy załadować.

Jest jeszcze opowieść o ostrzeniu piły:

Wyobraź sobie, że natknąłeś się w lesie na kogoś, kto gorączkowo ścina drzewo.
– Co robisz? – pytasz.

– Nie widzisz? – odpowiada ze zniecierpliwieniem. – Ścinam to drzewo.
– Wyglądasz na wykończonego! – wykrzykujesz. – Długo już to robisz?
– Ponad pięć godzin – odpowiada. – I jestem skonany! To ciężka praca.
– Może zrób małą przerwę i naostrz piłę? – proponujesz. – Z pewnością poszłoby wtedy szybciej.
– Nie mam czasu na ostrzenie piły – odpowiada mężczyzna stanowczo. – Ścinam drzewo.

Wierzę, że w większości przypadków działamy tak czy inaczej dlatego, że to działanie przynosi nam jakieś profity. Nie zawsze zdajemy sobie z nich sprawę, nie zawsze łatwo nam je przywołać ale za każdym działaniem, stoi jakiś „zysk”. No więc pytam uczestników coachingów, jak to jest tak biegać, działać, załatwiać, w pośpiechu, pod presją czasu, odhaczać jedno zadanie za drugim, rozwiązywać jeden problem za drugim, gasić jeden pożar by za chwilę znów wziąć się za następny… już jak mówię, widzę na twarzach pewnego rodzaju zadowolenie, czasem nawet „rozanielenie”. Za chwilę na tablicy wypisujemy wszystkie bonusy, pojawiają się: poczucie przepracowanego dnia – tyle dzisiaj zrobiłem, satysfakcji z tego że pracowaliśmy pod taką presją i się udało, że wszyscy widzieli jak ciężko pracowaliśmy, że jesteśmy ważni, niezastąpieni, że ugasiliśmy tyle pożarów, że mimo trudnej i kryzysowej sytuacji jakoś udało nam się zażegnać konflikt, daliśmy radę.

No więc, jak przy tylu profitach przestać biegać z pustą taczką czy ścinać drzewo jednak naostrzoną piłą … Nie łudźmy się, nie będzie to łatwe. Co więcej, nawet gdy nam się uda zboczyć z tego toru, wciąż będzie nas świat na niego zawracał. Dlaczego? Bo bycie w ciągłym ruchu, na podniesionym poziomie adrenaliny jest dziś w cenie, wysoko nagradzane społecznie.

Wszyscy wiedzą, że potrzebny jest plan, cel, że warto sprawdzać drogę jaką się idzie, że zamiast gasić pożary powinniśmy je uprzedzać ale … nigdy nie ma na to czasu, zawsze jest coś pilniejszego. Trochę tak jakbyśmy planowanie pracy, refleksji nad jej efektywnością mieli za  pewnego rodzaju luksus, na który sobie nie możemy przecież pozwolić. Nie zauważamy, że to ciężka strategiczna praca, niezbędna by móc działać na konkurencyjnym rynku.

Hm..a może jednak zauważamy, tylko boimy się, że już tego nie potrafimy, że zadaniu nie podołamy …odwagi potrzeba dzisiejszym managerom, odwagi!

 

Call Now Button

Pin It on Pinterest